W plecaku zbieram zachwyty

pomiędzy jeziorami, które nie mają adresu
jest ręka sięgająca podręczników

z dwunastoma potrawami, dom, który upija się śmiercią po zachodzie –
gryząc prześcieradła, które są niewolą.

jest jeszcze konterfekt, który swoje duże litery schował w ryżu,
stopując epidemię czyśćcowych wolnych wierszy…
nic co nie-dzielne z drzewem nazywać się prawdą?

i konstytucje upuszczając na glebę, jak ranny od deszczu
inne kamienie poczują wstyd, łamiąc pręgę słońca dla
swojego argumentu. podeptani przez wiosnę, azyl głodnych na zawsze
i że cię nie opuszczę, gdy karabin wystrzeli serię

dla uleczonych pszczelim żądłem – oderwani zimnym krajom.
płótno także opuszcza koszary.
kret zmęczony zimą po pokojowym hotelu,
ociera się o piątą stronę świata. to nic Julietto, w Ameryce ludu wiszą na pniach włosy
za wcześnie uczesane, przekleństwa

kartezjańskich iskier i drwin
(wyjętych z żebra u progu)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.