odtąd

odtąd, mój romans z księżycem idzie na marne,
jak nazwiska snów. mróz oskarża mnie
o tęsknotę między palcem wskazującym,
a serdecznym jest prawda

 

wracających z wojenki wita fart,
ci, którzy nauczyli się tańczyć niech zadepczą deszcz,
który chowa się do kieszeni

 

wolno cierpiąc na synkopę kosmicznego pyłu

 

łapiąc za ogon komety
chowam pod stopą ziemię, dzień się wykoleił
z ułamków i potęg. autostopowicze drzewa

 

– nie rusza się

 

z miejsca, bo szal zimy w kratę,
jak pajęczyna pchnie zarazem zimno i gorąc
w kamień, w którym nie ma miłości

 

do solniczki, którą zraszam
potrawę miłosną

 

i tłukę młotkiem w stal – gniew
metalu, jest większy od piwnic Adama, z kraju
leżących kropel – przywiozłem laur,

 

co łatwo usprawiedliwić

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.