W wymiarze proz urwanych

Neruda

pędzisz przez życie, autem, jak rym i żagiel postawiony
na łodzi strofy, by domknąć wszystkie morskie szlaki w
imię krzywdy i myśli czystej ludzkiego przedsięwzięcia.
moje imię kryje – wymiar cierpienia i ambiwalentny byt

 

pustyni na zębach codzienności? – dziś deptam aorty
i pnie człowieczeństwa, to ja w tych miastach, epokowym
krokiem – brnę po księżycowy ślad, aby na koniec
unieść dłonie. blizny cofają się przed słońcem i za parę

 

lat… jak zapytają, odpowiedzieć morze było mi drogą
do lepszej przyszłości w imię ojca i matki, mój syn
grizzly w drewniakach dziś, przy tym wersie śpiewa piosenkę
bo wygrać z życiem, to jak obudzić się w gdzieś w Chile,

 

na odległej trybunie z której obserwując istnienie, o!
ty zgubiona, o ty wydana, o ty anachroniczna – niech gra nie
zwiedzie cię na rewiry Lewantu. dźwięk jej imienia –
i antologia gatunków, którzy połykają haczyk na akord

 

pieśni Wilsona (namaluję obraz źdźbłem oka, człowiek)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.