„Żadne źródło, szansa dla zmysłu obłędu.”

          Rozczarowany goryczą spotkania z pustynnym wiatrem, oddaję się piosence, która niesie echo wód, wśród dalekoidących tubylców „nieobjętej ziemi”. I śni mi się źródło – jakby pochłonęło cały Czyściec, dla tolerancji, wedle tajemnicy przed dziećmi z okruchów pozbieranych z pieczywa. Mam mały problem, bowiem wszelkie wielkie tajemnice mieszczą się w moim kubraku, ale to nic – ta kobieta i tak wybaczy mi zawód na literach? (Nawet ty Kaliope, odpowiedz twierdząco, kiedy zapytają o przyczynę, a jesteś istotą wszystkiego.) Promieniu z Norii, chłodzie z Norymbergii, oddalony od dziedziny z jaką zmagam się kolorem nocy i parcianą iluzją słońca, a żaden imperialista nie narzuci mi materializmu, bo ten jest nad wyraz dialektyczny. Otóż bieg po alei wzgardy i ignorancji, ze świadomością wybuchu kolejnej wojny – biorę na swoje barki świecę, rozpalam własne ognisko, bo w domu mojej matki nie mogę  liczyć na czysty altruizm… Skonsultowany ze stygmatem, na tematy wiary brakuje mi elementarnej wiedzy, ale gwiazdy nade mną wskazują drogę, jak dwa tysiące lat temu, idę oddać fundamentalny artykuł, w biurach poezji zagubionej, popadam w całą zależność od Państwa. Jest to twarde oponowanie w kwestiach własnych… A kim ja jestem? Promieniem Słońca, wiatrem żywiołu? Podzielonym na dwie płaszczyzny: wiary i materii. Świadomość, to segment w murach wzniesionego gmachu, w trzy dni odbuduję zaufanie do akapitu. Zagasi się moje światło, jednak żadne jawne sentencje nie roszczą sobie prawa do opieki nad światem, choć od dawana już wiem, że zmienić go nie zdołam, bo inni dali mi pretekst do zwiedzania dali; góry oddane melodiom, morza wydarte prawdopodobieństwom i wahaniom, ale chciałbym opisywać go wersem, po trudach i znojach. Podających łyk wody, a miałem być poetą. Lecz to wszystko mnie tu trzyma, na świecie jeszcze gorycz, słodkość i gorąc piasku przesypywanego na budowach. Jestem, dlatego oddycham sentencjami. To pewnie martyrologia jest wypadkową cienia, jaki pada na fatamorganę, i jest daleki jeszcze do końca pewna przestrzeń, jakby druga, zbudowany brzeg – podzielony na werbalną i niewerbalną mowę, rzeka każdego roku osiąga coraz wyższe granice, a miłość, to pewna składowa, ukradzione szczęście, złożone do grobu, bo tak bardzo chciałem być na pogrzebie synonimu. Na pustyni umierają śmiałkowie i wybitni kreatorzy. Zwykli powinowaci są zdolni do wielkich czynów? Sądzę. Czasami muszę paść jak promień na ciemne przestrzenie. Wielbłąd zapomniał o swoim fachu, dajmy mu wody, nich obmyje serce, ranna rosa jest jak hipoteza… Żadna, nie podlega falsyfikacji. Stwierdza spodziewaną relację w danym kontekście sytuacyjnym, ma naturę związku. Związany relacją stopnia pokrewieństwa wypalam się hipotermicznie. Odchodząc do domu drogą sfery wypalonego jak przyjaźń pudełka samowystarczalnych zapałek.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.